DAMIAN RENISZYN – ur. 1989, artysta wizualny, rzeźbiarz, rzemieślnik, projektant mebli, architekt wnętrz, twórca queerowy.
W 2009 roku ukończył Liceum Plastyczne w Zespole Rzemiosł Artystycznych w Jeleniej Górze, uzyskując tytuł plastyka snycerza w specjalności formy użytkowe. Następnie kontynuował kształcenie artystyczne na Wydziale Rzeźby i Działań Przestrzennych Uniwersytetu Artystycznego w Poznaniu. W 2014 roku uzyskał tytuł magistra oraz otrzymał Główną Nagrodę i Stypendium podczas 34. edycji Konkursu im. Marii Dokowicz za najlepszy dyplom magisterski.
W 2016 roku otworzył przewód doktorski na macierzystej uczelni w ramach Interdyscyplinarnych Studiów Doktoranckich na Wydziale Komunikacji Multimedialnej (Intermedia). Równolegle wykładał w School of Form w Poznaniu (Uniwersytet SWPS). W 2023 roku kształcił się również w Akademii Fotografii w Warszawie. Stypendysta Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego w roku 2025.
Brał udział w licznych wystawach indywidualnych i zbiorowych w kraju i za granicą, m.in. w CSW „Znaki Czasu” w Toruniu, Galerii Miejskiej „Arsenał” w Poznaniu, Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku czy BWA Katowice. Laureat stypendiów artystycznych, m.in. KPO dla Kultury, Stypendium Artystycznego miasta Poznań oraz Programu Stypendialnego YES. Jego prace znajdują się m.in. w zbiorach Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku.
Jego praktyka artystyczna ma charakter interdyscyplinarny i obejmuje działania rzeźbiarskie, performatywne, projektowe oraz fotograficzne – często o tematyce queerowej. W swojej twórczości apeluje do zmysłów, w szczególności do zmysłu dotyku, oraz podejmuje wątki związane z przełamywaniem społecznych tabu i instytucjonalnych zakazów.
Twórczość Damiana Reniszyna rozpatrywać można wieloaspektowo – z punktu widzenia zainteresowań artysty percepcją sztuki za pomocą zmysłu dotyku, analizowania przez niego sytuacji z pozoru bezsensownych i nielogicznych czy interwencyjnego charakteru jego przedsięwzięć, przełamujących granice mentalne, przestrzenne czy instytucjonalne. Frapujące tropy interpretacyjne można mnożyć, jednak szczególnie wart podjęcia wydaje się ten, każący skoncentrować uwagę na osobie samego artysty – Reniszyn często jest bowiem zarówno bohaterem, jak i aktorem swoich działań. Przede wszystkim jest jednak tricksterem, z lubością posługującym się takimi narzędziami, jak gra, zabawa, prowokacja czy maskarada, by wytrącić nas ze stanu równowagi i pozbawić poczucia pewności. Zamiłowanie do sytuacji niejednoznacznych i przewrotnych sprawia, że blisko mu do błazna czy psotnika, który woli raczej narazić się na niezrozumienie niż podążać utartymi torami. Nawet wtedy, gdy „rozpływa się” i tracimy go z oczu, jego obecność wciąż pobrzmiewa w tle jak echo.
Skłonność Reniszyna do „znikania” – pojmowanego szerzej niż tylko usuwanie ze struktury dzieła bezpośrednich przejawów swojego istnienia – również jest narzędziem tricksterskim, opisanym przez Annę Markowską w tekście Znikająca figura1. To postawa polegająca na świadomym i przemyślanym ograniczania własnej ekspansywności, odsuwaniu się w cień, oddawaniu pola działania komuś innemu, wytrącaniu sobie z ręki narzędzi w postaci zdecydowanych, wyrazistych i radykalnych gestów, a wszystko to w celu wygenerowania wypowiedzi krytycznej, podważającej zastany porządek.
Postać trickstera wyrasta z charakterystycznej dla ponowoczesności kultury karnawału, za sprawą której następuje erozja modelu modernistycznego z jego przywiązaniem do autorytetów, „wielkich idei”, ustalonej hierarchii wartości, dążnością do nadawania wszelkim zjawiskom niepodważalnych znaczeń czy zachowania powagi misji artysty2. Wszelkie przejawy aktywności w myśl hasła play power cieszą się tu popularnością, ponieważ posiadają ogromny potencjał polemiczny wobec usankcjonowanych kulturotwórczych wzorców. Korzysta z niego Reniszyn, który w swoich pracach inicjuje przewrotne zabawy przy użyciu nietypowych „instrumentów”, prowadzi gry w skojarzenia czy też tworzy obiekty o niejasnym statusie, zachęcające nas do fizycznej aktywności.
Balony (2014) – ów niewinnie brzmiący tytuł stanowi wysublimowany woal dla tego, co faktycznie jest przedmiotem działań artysty: wideo i tryptyk fotograficzny rejestrują bowiem proces pompowania zwierzęcych jelit – dokładnie takich, jakie można kupić u rzeźnika, by wypreparować przy ich użyciu np. kiełbasę. Świadomość, że tłoczenie powietrza w jelita wymagało przyłożenia do nich ust, budzi w nas awersję, jednak kategoryczność tych emocji zostaje w tej pracy podana w wątpliwość, dzięki nawiązaniu do uwielbianej przez dzieci zabawki: podłużnych balonów, z których – gdy w odpowiedni sposób je przewiązać i złożyć – można uzyskać kształty zwierząt lub prostych przedmiotów.
Balonami artysta „bawi się” sam, stawiając widza w pozycji obserwatora. Nasza rola zmienia się jednak w przypadku instalacji rzeźbiarskiej 20 sztuk, na którą możemy bezpośrednio oddziaływać. Składa się ona z serii drewnianych rzeźb w kształcie fallusów i pomyślana została jako przeznaczona do dotykania i dająca możliwość dowolnego przestawiania elementów.
Performatywna i haptyczna forma, jaką Reniszyn nadaje swoim pracom, pozostaje w ścisłej korelacji z teoretycznymi założeniami jego twórczości. Wspomniane wyżej „zabawki”, ale także inne realizacje, takie jak Obiekty do ręki (2013), Formy użytkowe (2013) czy Protezy (2014), wymykają się dominującym dyskursom artystycznym i są wyrazem refleksji nad alternatywnymi dla okulocentryzmu drogami percepcją sztuki.
Choć te kwestie powoli wkraczają w obszar badań historyków sztuki, zainteresowanie Reniszyna haptycznością nie wynika raczej z podążania za ich rozważaniami.
Bliżej mu raczej do poglądu Marii Poprzęckiej, która fakt dokonywania się zmian w hierarchii zmysłów skwitowała, mówiąc, że: „Nie dywagacje uczonych, ale codzienne życiowe doświadczenie wskazuje, że wzrok skutecznie wypierany jest przez zmysł pośledni i podejrzany – dotyk.
Zmysł nieczysty, uwikłany w cielesność, o niedobrych konotacjach. To nie wzrok, lecz dotyk, i nie oko, ale palec decyduje dziś o naszym uczestnictwie we współczesnym świecie”.3
Prace Reniszyna, przeznaczone do namacalnego zbadania, wchodzenia do nich, turlania, machania, rzucania itp., obliczone są nie tyle na dostarczenie odbiorcom rozrywki, ile są częścią wielozmysłowego rytuału: zbiorowego szaleństwa, karnawału i transgresji4. Ów akt może się dokonać dzięki artyście-tricksterowi, którego przemyślne działania nastawione są na nakłonienie odbiorców do wystąpienia przeciwko ustalonemu porządkowi – w tym przypadku paradygmatowi nietykalności dzieła sztuki i idei muzeum jako świątyni – i stworzenie warunków do naruszenia stabilności systemu instytucjonalnego. Kluczowe w tym procesie jest jednak wycofywanie się twórcy i ograniczenie do funkcji mediatora, który przenosi pierwiastek sprawczy na widza.
Na serio czy dla zabawy? – moglibyśmy zapytać, przyglądając się eksperymentom Reniszyna z użyciem Wehikułu czy Peryskopu (2014), dokumentacji jego akcji w przestrzeni publicznej Izraela przedstawionej w fotograficznej serii Wcisk (2014) czy wideo Amica (2013). Wszystkie te prace łączy irracjonalne, jak się wydaje, zachowanie artysty, który „wtyka głowę tam, gdzie nie trzeba”: do drewnianych rzeźb z wydrążonymi otworami, nisz i zagłębień napotkanych w murach czy skałach czy nawet do starego kartonu po lodówce. Wprawia to obserwatora w konfuzję – brak sensu i jasnego celu tych działań zbija z pantałyku. Po co tam zagląda? Z ciekawości? Dla zgrywy? A może próbuje się przed czymś schować lub uciec?
Wciskanie się w niezbadane dziury, próby przechodzenia przez za małe otwory, chęć penetracji uchyłków, w których nie da rady się zmieścić… Wszystkie podejmowane przez Reniszyna aktywności z góry skazane są na porażkę.
Nie zraża go to jednak do podejmowania kolejnych prób, podobnie jak ryzyko, że może mieć trudności z wydostaniem się. Wytrwałość, z jaką podchodzi do swojej aktywności, graniczy z „uporem maniaka”.
Co nim kieruje? Szansę na odpowiedź na to pytanie daje odniesienie się do powieści Lewisa Carrolla Alicja w Krainie Czarów5. Aktywność Reniszyna kojarzyć można bowiem z próbą wejścia do króliczej nory w poszukiwaniu alternatywnego świata, gdzie obowiązują inne reguły i odmienna logika zdarzeń. Potrzeba choć chwilowego wyjścia poza schemat zawsze wiąże się jednak z koniecznością podjęcia ryzyka i gotowością poniesienia trudnych do przewidzenia konsekwencji – nigdy przecież nie wiadomo, czy uda się bezpiecznie powrócić z takiej „podróży”… Artysta mimo wszystko się nie cofa i dalszym ciągu testuje możliwości wyjścia poza prozę rzeczywistości. W tytule jednej z najnowszych prac wideo deklaruje nawet: Chciałbym wiedzieć, czy przelecę całą ziemię na wylot (2017).
Omówione wyżej realizacje, w których następuje próba wciśnięcia się w norę, łączy jeszcze jeden aspekt, do tej pory pominięty: to, że twarz artysty cały czas pozostaje niewidoczna. Zasłonięcie oblicza to motyw przewijający się również w innych pracach, takich jak Maska (2014) czy Interference (2016), co uznać można za kolejny przejaw skłonności do „samowymazywania”. Warto jednak podkreślić, że podążanie za ideą zacierania śladów swojej obecności paradoksalnie wcale nie musi oznaczać całkowitej rezygnacji z przedstawiania własnego wizerunku. Autoportret może być bowiem doskonałą bazą do tricksterowskiego zamanifestowania wymownego wycofania.
W cyklu Limited Edition (2015) Reniszyn skanuje samego siebie w technologii 3D i tworzy szereg prac z użyciem uzyskanych w ten sposób cyfrowych danych. Kierowany przewrotnością, nie kopiuje swojej podobizny w skali 1 : 1, ale każe zredukować się do rozmiarów zabawki. Wykonana z tworzywa sztucznego figurka z łatwością daje się „performować” ręką. Limited Reniszyn (2015) – trudno o bardziej wymowny tytuł dla tej pracy, będącej z jednej strony symptomem stanu ograniczenia6, z drugiej – wiodącej myśli w kierunku problemu postrzegania dzieła sztuki (i / lub artysty) jako towaru. Edycja limitowana? Oryginał może być tylko jeden?
W innych autoportretach stanowiących rozwinięcie serii de(kon)strukcja własnego wizerunku posuwa się znacznie dalej. W przypadku Autoportretu I (2015, diasec) i Autoportretu II (2015, druk na poliestrze) dochodzi do dosłownego spłaszczenia przedstawienia ciała artysty, które zostaje rozczłonkowane, rozbite na fragmenty, sprowadzone do dwóch wymiarów i „wciśnięte” w czarne tło.
Kształty i kontury twarzy, rąk, nóg czy korpusu stają się zdeformowane, co przeczy idei (auto)portretu, mającego zachować pamięć o wyglądzie danej osoby.
Indywidualność i podmiotowość zaczyna się tu zacierać. Kolejny krok ku „zniknięciu” to „odcieleśnienie” – obserwujemy je w Stroju performera (2015). „Czarny, prosto skrojony, luźny kombinezon – zaskakująco sprytnie łączy w sobie elementy truistycznego kostiumu everymana i zawadiackość trickstera”, a pozbawiony „wypełnienia” w postaci ciała funkcjonuje już tylko „jako atrybut roli, w którą wchodzi performer”7. Jak powiedziałaby Anna Markowska – staje się on „przesycony obecnością nieobecnego”8.
Zarysowany tu ciąg artystycznych zdarzeń, zainicjowany przez Limited Reniszyn, wieńczy instalacja przestrzenna zrealizowana ostatnio na potrzeby wystawy Królicza nora w galerii Wozownia w Toruniu. Jej punktem wyjścia jest cykl Granice (2015) – seria komputerowych symulacji, obiektów i makiet, które łączy motyw siatki prostopadłościanu. Wyznacza ona „obszar graniczny”, ale także sygnalizuje „dotykanie horyzontu między »ja« a rzeczywistością, miejsc, gdzie kończę się i zaczyna świat”9. Podczas gdy w Stroju performera obecność artysty sygnalizowana jest przez negatyw jego cielesności, w Wozowni mieliśmy do czynienia ze zniknięciem sensu stricto – tylko wyrysowane na ścianach czarne pionowe i poziome linie, których podziały wyznaczały wymiary ciała Reniszyna, były czymś na kształt jego sygnatury: „Tu byłem”. Zostawił po sobie wolne miejsce, jednak nie musi ono pozostać puste – zapełnić je może właściwie ktokolwiek.
Artystyczne poczynania Damiana Reniszyna sytuują się w obszarze wytwarzania w polu sztuki sytuacji, nastawionej na stworzenie warunków jak najbliższego spotkania odbiorcy z dziełem. Jego prace redefiniują medium rzeźbiarskie – bardziej niż fizycznymi obiektami są „zdarzeniami”, które rozbudzają afekty, apelujące nie tyle do intelektu, co do sfer psychiki odpowiedzialnych za odczuwanie świata. Reniszyn ogranicza paletę stosowanych przez siebie środków wypowiedzi: działa z użyciem niewyszukanych przedmiotów, kreuje proste formy przestrzenne, odgrywa kameralne performansy, igra z własnym wizerunkiem. Za pomocą aktów niewymagających wielkich nakładów czy przygotowań powoli i systematycznie podkopuje idee, definiujące to, jak funkcjonujemy jako konsumenci kultury. Wszystkie tricksterskie zabiegi, jakie stosuje, służą jednemu celowi – podważeniu jego własnego autorytetu jako artysty i dowartościowaniu roli widza, który zostaje ośmielony do głębszej interakcji z obiektem i namysłu nad swoją rolą w procesie „dziania się” sztuki. W sytuacji, kiedy artysta znika lub „chowa się do swojej nory”, może nawet przejąć stery i stać się pełnoprawnym kreatorem.
Jedno z finałowych słów w plebiscycie na Młodzieżowe Słowo Roku 2022 najlepiej opisuje bohaterkę tego materiału — Slay. To słowo oznacza w bezpośrednim tłumaczeniu z angielskiego „zabić” i wcześniej było najczęściej używane w kontekście pokonywania przeciwników na polu walki. W ostatnich latach, dzięki Internetowi i popularyzacji słowa m. in. w społeczności LGBTQIA+, slay zyskało nieco inny kontekst. Teraz to w pewnym sensie nadal zabicie wrogów, ale tylko swoim stylem, pięknem i energią.
Dildolette to postać kreowana przez artystę wizualnego Damiania Reniszyna znanego jako Bisexual Top Boy, który jest wschodzącą gwiazdą polskiej sceny dragowej. Przez całą jego twórczość przechodzi idea walki z bifobią i zaprzeczanie normatywności cispłciowej w społeczeństwie — co bezpośrednio wpłynęło na to, jak wygląda zarówno na scenie, jak i online. W tym materiale Mateusz Jaskot porozmawiał z nim o fascynacji silnymy kobietami, historii powstania Dildolette i jej supermocach.
Proces odkrywania w sobie queerowej persony trwa odkąd pamiętam. Zaczęło się od tego, że zamiast bawić się samochodami jak pozostali chłopcy wolałem lalki. W zabawach z odgrywaniem ról zdecydowanie preferowałem być dziewczynką a mój ulubiony atrybut dzieciństwa to lusterko i przeglądanie się w nim jak gdybym próbował scalić obraz siebie z odbiciem, które widzę w lustrze i tym jak odbijam się w ocenach ludzi.
Niestety idąc do szkoły zostałem naprostowany i wrzucony w męski konstrukt społeczny i wszystkie zasady nim rządzące. Również mój ojciec odegrał w tym dyskryminującej metodzie znaczącą rolę. Ponieważ jestem biseksualny to zawsze czułem się zawieszony gdzieś pomiędzy homo i hetero światem. Dildolette jest kimś kto scala te światy. Swój pierwszy makijaż zrobiłem 15 lat temu. Myślę, że pod wpływem występu niemieckiej drag queen Glorii Viagry, która na zaproszenie Katarzyny Kozyry przyjechała na wernisaż jej wystawy do mojego miasta. Dla młodego licealisty to było niesamowite przeżycie. Przypominało mi się to podczas spektaklu Orlando. Biografie w Teatrze Powszechnym, w którym ta sama artystka (Kozyra) tworzyła scenografię a mój serdeczny przyjaciel Lulla la Polaca grał jedną z głównych ról. Poczułem wtedy, że moje życie zatoczyło koło. Przeryczałem prawie całą sztukę. Poczułem się znowu przez chwilę jak u „siebie” – na końcu binarnego świata. Takie małe i duże rzeczy to właśnie odkrywanie w sobie Dildolette.
Czy twoja seksualność wpływa w jakiś sposób na to, jak performujesz swoją drag personę? Mówisz, że jej supermocą jest właśnie biseksualność.
Oczywiście! Dildolette jest ucieleśnieniem mojej seksualności. Piękna, seksowna, wyuzdana, ultrakobieca ale jednocześnie męska, przerysowana, dominująca….. Dildolette łączy w sobie nieoczywiste, binarne i z pozoru wykluczające się cechy. Jak można być jednocześnie kobiecym i męskim? W cispłciowym świecie jest to nierealne ale w mojej opowieści już tak. Dildolette powstała z potrzeby mówienia o mojej seksualności, To rodzaj coming outu i sprzeciwu wobec narzucania queerom heteronormatywności. Dildolette to performans, który pozwala mi na autentyczną ekspresję i manifestowanie tożsamości w wyszukanej formie.
Opowiedz więcej o tym, kim jest Dildolette. Skąd wziął się pomysł przedstawiania jej jako wojowniczki z innej planety?
Dildolette łączy moje zainteresowania, fascynacje i podniety. Jest trochę kolażem łączącym porno, komiks, superbohaterki i kiczowate filmy, w których główne role odgrywają silne kobiety. Jest coś dla mnie fascynującego w tym, że ciało kobiety może być jednocześnie męskie i ultra kobiece. Trochę hybryda, genderfuck, postać z innej planety. Nigdy nie interesowało mnie odtwarzanie kobiety 1:1. Raczej stworzenie czegoś pomiędzy płciami co wyłamuje się definicjom i temu do czego jesteśmy przyzwyczajeni. Bardzo podoba mi się łączenie szpilek, mocnego makijażu, silikonowych cycków, brody i penisa w jednej postaci, czyli persony na granicy drag queen i faux kinga.
Bardzo odpowiada mi rola wojowniczki ponieważ mój drag jest formą aktywizmu podejmowanego w celu przeciwstawienia się rolom płciowym i ich stereotypom. Jest to też protest przeciwko bifobii i mizogini. Identyfikuję się z płcią przypisaną mi przy narodzinach, ale nie odpowiadają mi normy społeczne, które przypisuje mi społeczeństwo. Uważam, że zdecydowanie bardziej sexi od księżniczek są wojowniczki. W życiu prywatnym kręcą mnie też takie kobiety. Natomiast od wojowników bardziej kręcą mnie przegięci chłopcy.
Razem ze swoją partnerką tworzycie nietuzinkową parę. Niecodziennie spotyka się tak dopasowany duet pod kątem tego co robicie na scenie – drag i burleska. Jak się dopełniacie?
To my nie jesteśmy zwyczajną parą?
Dildolette i Red Juliette mają bardzo trudne charaktery, to silne i dominujące persony. Jak się pewnie domyślasz generuje to bardzo dużo różnych skrajnych emocji i napięć. Oczywiście w naszej relacji nie ma miejsca na dyskryminację i brak akceptacji. To jest super, że jesteśmy mega psiapsi i pożyczamy sobie sukienki, peruki, robię Redce makeup na jej show, po czym stajemy się kumplami z siłowni i przejeżdżamy w niedziele 25 km na rolkach.
Mamy specyficzną relację, którą bardzo podkręca to, że jesteśmy neuroatypowi i oboje mamy ADHD. Potrzebujemy bardzo dużo dopaminy i na pewno bardzo nas przyciąga to, że nigdy się ze sobą nie nudzimy.
Kiedy zobaczymy Dildolette na scenie? Podczas sesji padł pomysł Dildolette dominy – co myślisz o tym pomyśle?
Haha takich i innych pomysłów dziennie jest przynajmniej kilka. Klęska urodzaju i brak czasu i konsekwencji żeby je realizować. Dildolette jako domina w sumie już powstała. Jest jedną z antagonistek komiksu o Dildolette, który tworzę i który mam nadzieję, że doczeka się niedługo swojej rysunkowej wersji.
Wracając do sceny.. Dla mnie sceną jest mój dom, związek, ulica i przede wszystkim moja własna głowa. Tam performuję codziennie. Przez to, że mój wygląd, zachowanie i preferencje nie wpisują się w heteronormatywny wzorzec muszę dragować codzienną rzeczywistość żeby stała się dla mnie bardziej akceptująca. No wiesz to są takie codzienne sytuacje od robienia coming outów w pracy po momenty, kiedy muszę się mierzyć z dyskryminacją na ulicy ze względu na wygląd odstający od typowo męskiego.
Jako artysta wizualny czuje się w jakimś sensie spełniony realizując dragowe cykle fotograficzne. Ale to bardzo miłe, że tak wiele osób pisze do mnie z propozycją występu. Bardzo możliwe, że w przyszłym roku pojawię się na scenie. Stay tuned!